Nadzieja w Fatimie

Fot. Photographee.eu. Fotolia.com

Wielkimi krokami zbliża się do nas stulecie objawień Fatimskich. Dla jednych jest to powód do przypomnienia sobie przesłania, jakie Matka Boża przekazała trojgu pastuszkom, dla innych okazja do odbycia pielgrzymki do Fatimy, dla jeszcze innych zarzewie niepokoju i okazja do stawiania sobie po raz kolejny pytań, czy wszystko na ten temat zostało już powiedziane. Przez całe lata szczególne zainteresowanie wzbudzała zwłaszcza trzecia część tajemnicy, która pozostawała wiadoma jedynie kolejnym papieżom. Dopiero św. Jan Paweł II uznał, że spełniła się ona w cudownym ocaleniu mu życia z zamachu, do jakiego doszło na Placu Świętego Piotra w Rzymie 13 maja 1981 roku.

Podając do publicznej wiadomości wszystkie trzy części tajemnicy fatimskiej, św. Jan Paweł II sprawił, że cały świat usłyszał o wizji „biskupa odzianego w biel”, który pada pod zadanymi mu ciosami. Szczególne nabożeństwo jakie Święty Papież miał do Matki Bożej zyskał w tym kontekście jeszcze większe znaczenie. Świat usłyszał też po raz kolejny o potrzebie ofiarowania Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi i modlitwie przebłagalnej, o konieczności wynagrodzenia za grzechy ludzkości.

Stulecie objawień fatimskich jest jednak okazją do przypomnienia, że Matka Boża przestrzega nas nie tylko przed wizją wojny, ukazuje nie tylko cierpienia Kościoła, z Ojcem Świętym na czele. Wszak integralną częścią wizji jest wizja piekła, dokąd idą dusze grzeszników, które Bóg pragnie ocalić. Stąd prośba o modlitwę, ofiarowanie cierpienia i uczynki miłosierdzia, które mają w Kościele szczególne znaczenie.

W naszej parafii celem przygotowanie do rocznicy obchodów rocznicy objawień Fatimskich podjęliśmy nie tylko starania do zorganizowania rekolekcji wielkopostnych w Fatimie, odbycia pielgrzymki do miejsca objawień, ale także, a może przede wszystkim zdecydowali, że trzynastego każdego miesiąca będziemy po mszy świętej wieczorowej odmawiać różaniec fatimski, na zewnątrz kościoła, w ogródku Maryjnym, aby stał on się także zachętą i znakiem oraz przypomnieniem dla tych, którzy zabiegani za codziennymi sprawami zapominają o wezwaniu do modlitwy, pokuty i miłosierdzia.

Tak też się stało trzynastego września. Zostało nas po mszy św. zaledwie kilkanaście osób, ale zjednoczeni na modlitwie stanęliśmy ze świecami i różańcami w ręku, aby modli się rozważając tajemnice różańcowe. Ludzie przechodzili chodnikiem w tę i we w tę. Śmiali się, rozmawiali przez telefon, a nawet przychodzili, aby łapać pokemony. Ot normalny widok ulicy w środku miasta, gdy dzień się chyli ku zachodowi. Kiedy jednak zaczynaliśmy ostatnią tajemnicę, w naszym kierunku powoli, wymęczonym krokiem zbliżał się bezdomny żebrak, pchający przed sobą wózek ze znalezionymi rzeczami, które ludzie wyrzucili do śmietników. Stanął przy najbliższym nam śmietniku, sprawdził jego zawartość, po czym zorientowawszy się, że trwa modlitwa różańcowa, ukląkł na oba kolana i dokończył z nami różaniec. Ten widok sprawiał, że każde następne „Zdrowaś Maryjo” coraz trudniej przechodziło przez gardło. Przychodziła na myśl ewangeliczna scena gdy Jezus uzdrowił dziesięciu trędowatych, a tylko jeden z nich przyszedł podziękować… Gdy recytowaliśmy Credo, wstał i powoli oddalił się idąc w swoją stronę. Zdawało się tylko, że w delikatnym powiewie wiatru Zbawiciel po raz kolejny pyta nas wszystkich: „Czyż nie dziesięciu uzdrowiłem? Gdzież jest pozostałych dziewięciu”, albo jakby wręcz chciał powiedzieć, czy spośród Was wszystkich, którym tyle w życiu dałem, tylko on miał za co podziękować Bogu…?

Do zobaczenia na rozważaniach różańcowych w październiku.

Oblicza miłosierdzia

matka-teresa3Co znaczy być miłosiernym? Poświęcić godzinę swojego czasu? Przekazać kilkanaście złotych fundacji lub stowarzyszeniu, których cele wydają nam się bliskie? Czy może wyciągnąć rękę na zgodę do kogoś, kto mocno zaszkodził nam w życiu?

Od dziś, na pewno odpowiedź na postawione pytania będzie mogła być jeszcze szersza. Być miłosiernym to kochać Boga tak, i służyć Mu w bliźnich, najuboższych z ubogich, jak czyniła to Matka Teresa z Kalkuty. Czasem miłosierdzie ma oblicze Miłosiernego Ojca, wybaczającego grzechy Syna Marnotrawnego, innym razem Miłosiernego Samarytanina pochylającego się nad pobitym i porzuconym człowiekiem, jeszcze zaś innym razem właśnie oblicze ubogiej zakonnicy, która odkryła swoje powołanie do czynienia miłosierdzia na peryferiach metropolii współczesnego świata. Ojciec Święty Franciszek w czasie mszy św. kanonizacyjnej pięknie ujął w swojej homilii różnicę pomiędzy ludzkimi gestami solidarności i współczucia, a powołaniem do miłosierdzia.

Powołanie do miłosierdzia wynika bowiem ze współdziałania człowieka z Bogiem. Dzieje ludzkie mają bowiem dwóch głównych bohaterów – Boga i ludzkość. Jeśli więc widzimy dokoła siebie ogrom ludzkiej nędzy, materialnej i moralnej, zamiast oskarżać Pana Boga o zło tego świata, może warto zastanowić się, jakie zadanie stawia przede mną Najwyższy, do jakiego dzieła mnie powołuje, aby świat stawał się coraz bardziej ludzki?

 

Patrząc na te tłumy ludzi z całego świata, zgromadzone dziś na Palcu Świętego Piotra, nie sposób nie przypomnieć sobie jak ta właśnie święta przemieniała świat, w którym żyła oddając się bez reszty posłudze miłosierdzia. Nie sposób także nie zadać sobie pytania, czy każdy z nas, jako ta jednak kropla w oceanie ludzkości po dzisiejszej mszy św. na Placu św. Piotra weźmie sobie do serca te właśnie słowa, że jesteśmy powołani do miłosierdzia i zacznie choćby od tego, co czyniła św. Matka Teresa, a na co zwrócił uwagę Ojciec św. „Nie mówię w twoim języku, ale mogę się do ciebie uśmiechać”, wspominał słowa nowej świętej papież Franciszek. Czyż nie warto zacząć chociażby od tego?

Asante znaczy dziękuję

Kenia

Księdza Patrica poznałem ponad 20 lat temu jeszcze w  rzymskim seminarium Collegio Ecclesiastico „Sedes Sapientiae”, gdzie obaj zostaliśmy skierowani na studia. Pomimo, iż po zakończeniu nauki straciliśmy kontakt, po latach udało nam się wrócić do dawnych relacji, na skutek czego obaj mieliśmy okazję odwiedzić się wzajemnie, a także wymienić  co jakiś czas przynajmniej kilka wiadomości mailowych. Warto podkreślić, iż dzięki ofiarności ludzi w Polsce udało nam się zorganizować akcję charytatywną, której efektem w Mbaranga, wiosce oddalonej o kilka godzin jazdy samochodem od Nairobi, możliwe stało się  zakończenie budowy szkoły, a także częściowe jej wyposażenie.  Zorganizowaliśmy również transport leków i ubrań dla najbardziej potrzebujących mieszkańców wioski.

Fakt, iż w tym roku to właśnie w Polsce zorganizowane zostały ŚDM stał się nie tylko pretekstem do spotkania, ale też doskonałą okazją aby pokazać Polskę dzieciom i młodzieży z Kenii, dla  których do tej pory świat zaczynał się w Mbaranga bądź Gatunga, a kończył w oddalonym o kilkanaście kilometrów Meru. Wśród Naszych gości z Kenii znalazły się bardzo małe dzieci. Dlaczego właśnie one ? Ks. Patrick twierdzi, iż zabrał ze sobą tak młodych ludzi, ponieważ chciał pokazać dzieciom inny świat, zarazić ich nadzieją, aby kiedy wrócą do kraju i rozpoczną naukę oraz pracę mieli siłę i motywację do walki o własne marzenia, co umożliwi rozwój im, a co za tym idzie całej ich społeczności. Stanowi to bez wątpienie główny cel posługi kapłańskiej ks. Patricka, ponieważ w Afryce ksiądz jest nie tylko wsparciem na drodze duchowego rozwoju, ale także wójtem, lekarzem, kierowcą, architektem, adwokatem, rozjemcą i wieloma innymi osobami.

Pomimo licznych przeciwności losu, o których wspominałem i pewnie jeszcze nie raz przypomnę, wyjazd doszedł do skutku. Budującym jest fakt, iż kiedy pojawiały się problemy, nieoczekiwane utrudnienia i komplikacje, razem z nimi pojawiali się ludzie, którzy swoją miłością, serdecznością, świadectwem chrześcijańskiego życia, a także polską gościnnością pomagali je likwidować.

 W tym miejscu powinniśmy sobie uświadomić, jak wielkim przeżyciem, nie tylko duchowym, ale także kulturowym dla tych dzieci był pobyt w Polsce. Dla nich zmywarka do naczyń, odkurzacz, pralka automatyczna czy podróż pociągiem stanowiły atrakcję porównywalną, jeśli nie większą niż  park rozrywki w Inwałdzie lub Muzeum św. Jana Pawła II w Wadowicach. Nieoceniona okazała się hojność i otwartość naszych parafian,  sympatyków parafii, Krakowskiego Bieżanowa, Koniakowa, oraz wielu innych   którzy ofiarowali naszym gościom odzież, słodycze, a także pomoc finansową.

Nasi goście z Kenii, również nie przyjechali z pustymi rękami, przywieźli bardzo wiele niepowtarzalnych pamiątek takich jak kosze, kapelusze, misy do noszenia na głowie, biżuterię czy wspaniałe koszule, charakterystyczne dla kultury środkowej Afryki . Wszystkie te przedmioty zostały przez nas umieszczone w naszym sklepiku parafialnym na portalu aukcyjnym www.tutino.pl . Jest to zupełnie nowy portal, który zwolnił nas z wszelkich opłat i prowizji , ze względu na to wygrał walkę m.in. z popularnym allegro. Dochód uzyskany ze sprzedaży upominków z Kenii zostanie spożytkowany na pomoc w spłacie kredytu, który parafia w Gatunga musiała zaciągnąć, aby sfinansować podróż grupy do Polski.

Oczywiście pozostaje w mojej świadomości, iż także w naszej parafii, czy szerzej, w naszym mieście znajduje się spora grupa dzieci i młodzieży, którym należy pomóc, nie zapominam o nich i jestem przekonany, iż kolejne akcje, również te z udziałem portalu aukcyjnego tutino.pl pozwolą nam zgromadzić środki na pomoc wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują.

Raz jeszcze zachęcam do zaglądania do naszego sklepiku parafialnego na tutino.pl. Niech zakupiony przez nas koszyk, pleciony z trzciny dywan, rzeźbiona figurka czy afrykańska koszula sprawią, że gdzieś daleko w Kenii, jakieś dziecko będzie dziękowało w modlitwie za lepsze życie, do którego i my dołożyliśmy cegiełkę.

Do naszego sklepu zapraszam poprzez kliknięcie tutaj.

Parafianie piszą…

fot. Marcin OleksaModlitwa nogami

 

Człowiek został stworzony na chwałę Pana i powołany do tego, aby Go uwielbiać. Życie zostało człowiekowi podarowane z miłości, a w miłość tą, bezwarunkową i dla człowieka niepojętą, wpisany został wybór i wolna wola. Bóg stworzył człowieka na swoją chwałę, ale to człowiek dokonuje wyboru czy tego chce, przyjmując świadomie do swojego życia Tego, który go wykupił z mocy Zła i panowania mroku dobrowolnie wybierając śmierć krzyżową; czy też nie chce, zachowując swoje życie dla siebie, i mniej lub bardziej świadomie poddając się Temu, od którego został przed wiekami wykupiony. 

Świadomy akt wolnej woli człowieka jest tym, co determinuje całe jego życie, nakreślając – jak nawigacja, kierunek do którego będzie zmierzał. Od tej woli i od decyzji wyboru człowieka zależy, czy i jak Bóg będzie obecny w jego życiu, i jak będzie tam działał. A działa naprawdę z wielką mocą, jeśli Mu tylko na to pozwolimy. 

 

Moje życie jest cudem od samego momentu poczęcia. Cud nie oznacza tego, że było i jest proste. Nigdy nie było, ale nikt nie obiecywał mi, że będzie. Godzę się na to, na co nie mam wpływu, ale walczę, gdy jest choć cień szansy, że się uda. Nie poddaję się, gdy sytuacja, o którą toczę bój z losem zależy ode mnie; przyjmuję natomiast to, co mnie przerasta i co zależne jest od woli kogoś innego. 

Najtrudniejszą walkę człowiek toczy sam z sobą i z własnymi ograniczeniami. Kiedy zaczyna brakować sił na drodze, którą się podjęło, a psychika chowa się w skorupę lęku i niemocy, trzeba determinacji by się nie poddać, zawalczyć i dokończyć to, co rozpoczęliśmy z przekonaniem, że wytrwamy. Trzeba też pokory wobec tego, co musi rozegrać się swoim rytmem, bez niecierpliwego pospieszania czasu i z przyjęciem pewnych warunków, których nie da się zlekceważyć. 

 

Pokory wobec życia uczę się w górach. Podejmując wędrówkę szlakami, które stawiają wymagania jestem świadoma tego, że muszę uszanować ich potęgę i dostosować się do tego, co one narzucają. Zmierzając na szczyt, do którego dojście wymaga czasu i wysiłku wiem, że nie mogę wybrać drogi na skróty, ani też nie sprawię, że dotrę do celu dużo szybciej niż początkowo zamierzyłam, bo każdy skrót grozi upadkiem, a siły trzeba rozłożyć równo na całą wędrówkę, a nie jedynie na jej początkowy etap. Każdy wysokogórski szczyt jaki chcę zdobyć, jest jak trudne życiowe zamierzenie czy wyzwanie postawione nieoczekiwanie. Zanim się go podejmie, wymaga przemyśleń i opracowania trasy, bo kiedy już się rozpocznie wędrówkę, nie zawsze da się zawrócić. Aby nie zboczyć z wyznaczonego szlaku, potrzebuję mapy. Dzięki niej wiem, którą drogę wybrać, gdy ta zamierzona okaże się zbyt trudna lub przekraczająca moje możliwości. Mapa wskazuje właściwy kierunek, a znaki, które napotykam na drodze mojej wędrówki upewniają mnie w tym, że idę dobrą ścieżką. 

Moją mapą jest Ten, który mnie umacnia. W Nim mogę wszystko, nawet gdy sama wątpię w swoje możliwości. Jego moc pomaga mi przezwyciężać własne ograniczenia i znaleźć siły wówczas, gdy wydaje mi się, że nie postawię już ani kroku więcej. W takiej wędrówce, podjętej na Jego chwałę, moją modlitwą staje się każdy kolejny krok. Kiedy wszystko we mnie krzyczy: „Nie dam rady! Już dłużej tak nie mogę!”, On podtrzymuje mnie przed upadkiem i wbrew wszystkiemu, pomimo braku sił i chęci podjęcia dalszej drogi; pomimo bólu, pęcherzy, obtarć i potwornego zmęczenia, jest ze mną wtedy, gdy ja wątpię i niemożliwe czyni możliwym. A ja „odmawiam” nogami modlitwę dziękczynienia i uwielbienia, bo każdego dnia mojego życia doświadczam Jego łaski i realnej obecności w tych wszystkich sprawach, które z ufnością Mu oddaję. Każdy dzień podejmuję na Jego chwałę, a gdy przychodzą momenty, kiedy usta milczą i trudno zebrać myśli, i gdy brakuje słów, by powiedzieć Mu to wszystko, co nagromadziło się w sercu, wiem, że On, Jezus, mój Pan, przyjmie każdą modlitwę nóg, które przezwyciężając słabość ciała, wędrują dalej, aż do wyznaczonego celu, z Jego błogosławieństwem.

Monika A. Oleksa 

Czytaj dalej